Ekspedycje Amazońskie / Sumienie Amazonii

Czy w dzisiejszych czasach istnieją jeszcze podróżnicy, czy wszyscy jesteśmy już tylko turystami? Wczoraj miałem okazję wybrać się z żoną do Poznania i posłuchać opowieści osób, które właśnie wróciły z trudnej wyprawy do Boliwii. Jechaliśmy tam w ciemności, deszczu i śniegu, ale był to jedynie drobny dyskomfort w porównaniu z nieustanną walką o zdrowie i przetrwanie, a taka nienawykłych do trudu mieszczuchów czeka w ciemnym sercu selwy.

Nazwa „Ekspedycje Amazońskie” przykuła moją uwagę w 2015 r. Gdy w jednym zdaniu pojawiają się słowa „Amazonia” i „Fiedler” nie mam wątpliwości, że to coś dla mnie i że będzie ciekawie. Grupa poznaniaków organizowała wówczas wyprawę, by na kilka tygodni zaszyć się w lasach deszczowych Boliwii. Wrócili cali, zdrowi, a kilka tygodni temu Arkady Radosław Fiedler, jeden z uczestników, wydał książkę „Sumienie Amazonii”, która jest relacją z tej niezwykłej podróży.

Właśnie wczoraj, po powrocie z kolejnej eskapady, odbyło się w Poznaniu kameralne, otwarte spotkanie, na którym można było osobiście spotkać tych obieżyświatów, obejrzeć półgodzinny film, wysłuchać opowieści, niekoniecznie lukrowanych, po męsku przedstawiających nie tylko uroki selwy i pampy, ale również i ważne aspekty wyposażenia wyprawy, higieny, żywienia i nieustannej czujności, jaką należało zachować wobec, całkiem realnych, zagrożeń. Podkreślić trzeba, że bynajmniej nie obawiano się tam jaguarów skaczących ludziom na plecy ani niechętnych obcym Indian z dmuchawką w dłoniach, a znacznie groźniejszych, gdyż prawie niewidocznych, jadowitych węży, wszechobecnych komarów, meszek, mrówek i innych owadów, których drobne ukąszenia długo pieką, swędzą, na miesiące pozostawiają ślady na skórze (oby się na tym skończyło).

Te bardzo realistyczne obrazy dominowały w opowiadaniach, jakby chciano niedoświadczonych słuchaczy wystawić na próbę, a co bardziej wrażliwych zniechęcić do podobnych wyczynów. Roztaczane wizje mocno kontrastowały z przytulnym wnętrzem restauracji, z którego każdy z nas szybko mógł wrócić do ciepłego i wygodnego domu. Nasunął mi się wniosek, że ważną cechą podróżnika, oprócz ciekawości świata i żądzy przygód, jest właśnie wysoka odporność na niewygodę, akceptacja fizycznych ograniczeń ludzkiego ciała, zgoda na częściowy brak kontroli nad własnym położeniem.

Z Poznania wróciłem z książką o Amazonii, z dedykacją autora. Miałem okazję przez chwilę porozmawiać o podróżach z Arkadym Radosławem Fiedlerem. Złożyłem też pewną propozycję i zobaczymy, czy coś z niej wykiełkuje.

Uprawa roślin egzotycznych w przydomowym ogródku jest bowiem namiastką takich podróży. Jak każdy produkt zastępczy pozostawia niedosyt, a dokładanie kolejnych roślin tego nie zmieni. Czasami pojawia się więc nieprzyjemne uczucie, że to tylko atrapa, jeden wielki fake. Z drugiej strony, ile czasu można spędzić w takiej podróży? Miesiąc, dwa. Szczęśliwcy zostaną w niej pół roku? Kiedyś następuje powrót i czekanie na kolejny wyjazd. A egzotyczny ogród trwa przez cały rok, właściwie to latami. O ile / dopóki nie poddamy się w walce z zimnym klimatem.

Na razie podróżuję palcem po mapie, a egzotyczny ogród pomaga trwać w polskiej szarzyźnie. Palmy i bambusy na co dzień widzę z prawie każdego okna. Latem bananowce wachlują powietrze. Zimą, właśnie teraz, przy codziennej pracy tłumaczeniowej towarzyszą mi rośliny między innymi z południowoamerykańskich lasów deszczowych, takich jak te, do których wybrali się bohaterowie opisywanego wieczoru. Są to gatunki sagowców, których na próżno szukać w polskich palmiarniach: zamia imperialis, zamia roezlii, zamia lindenii, zamia nesophila, zamia hamanii. Ich naturalne siedliska to ciemne, wilgotne lasy Panamy, Nikaragui, Kolumbii i Ekwadoru, a wykiełkowały u mnie z nasion przywiezionych właśnie stamtąd (przez pewnego francuskiego pasjonata). Na zdjęciu powyżej głowa węża wrasta w kręte wody amazońskiej rzeki, a z kolei do jego skóry upodobniają się widoczne w doniczce mikrostrobile (męskie kwiatostany) zamii vasquezii. W ogrodzie zaś posadziłem palmy z południowej części kontynentu, a mianowicie butia odorata i jubaea chilensis. Na razie stoją w zimowych osłonach, ale już niedługo nadejdzie wiosna i ponownie ujrzą słońce, by cieszyć pierzastymi liśćmi.

Będąc dziesięciolatkiem czytywałem już różne książki z domowej biblioteki. Któregoś wieczoru leżałem w łóżku przy zapalonym świetle i nie chciałem spać.  Mama wyjęła z półki jakąś książkę, pozwoliła mi tylko przez chwilę obejrzeć mapy, pierwsze strony, a potem wsunęła książkę pod poduszkę i powiedziała, że będę mógł ją przeczytać dopiero następnego dnia. Podziałało, poszedłem spać. Był to „Mały Bizon” Arkadego Fiedlera, lektura odpowiednia do mojego wówczas wieku. Jedna z najlepiej zapamiętanych z tego okresu książek, a sama ta chwila jednym z żywszych i pogodnych wspomnień z dzieciństwa.

Wczoraj wróciliśmy przed północą. Zmęczony zdołałem przeczytać tylko pierwszy rozdział „Sumienia Amazonii” Arkadego Radosława Fiedlera, a dalszą lekturę musiałem odłożyć na kolejny dzień. Nie mogłem jednak zasnąć.

Każda podróż zaczyna się i trwa przede wszystkim w głowie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s